![]() |
![]() |
||||||||||
| Poniedziałek, 6 Września 2010 | |||||||||||
|
|||||||||||
|
O publikacji: Autor: Dracon Kategoria: [Inne] Dodano: 8 Września 2009 Ostatnia modyfikacja: 9 Września 2009 Wyświetlono 77 razy Średnia ocena: +2 Ilość ocen: 3 Miłość To już koniec. Chyba można tak powiedzieć. Koniec wraz z każdym ostatnim akordem gitary. Kiedyś myślałem, że to normalne. Tylko słowa. Teraz wiem, że każda z tych ostatnich nut przybliżała mnie do końca. Muzyka ustaje. Ale zamiast braw słyszę krzyk ciszy. Coś jest nie tak. Jednak nie mdleję. Nadal stoję. Słyszę tylko swoje myśli i widzę tylko twoją twarz, jakby cały świat wokół nagle przestał istnieć. Ty też wiesz, że to koniec. Coś jest nie tak. Łzy zbierają mi się w gardle i uciekam, by nie móc wypowiedzieć słów, by nie wydać się z taką słabością. Podłoga za kulisami jest strasznie zimna, w przeciwieństwie do sceny. By nie czuć tego bólu zaczynam nucić swoją ulubioną piosenkę. Słyszałem, że to pomaga. Staram się przypomnieć sobie czy zawsze byłem taki samotny, czy tylko do chwili, gdy zamieszkałem we własnej głowie i stwarzałem nierealny świat, w którym mnie kochasz. Po chwili czuję na ramieniu czyjś dotyk. Nie muszę podnosić wzroku, żeby wiedzieć, że to ty. Znam cię na pamięć. - Chodź – mówisz. Zaprzeczam ruchem głowy, bo gotów tu jestem siedzieć nawet do jutra. Spoglądam na ciebie, by się przekonać czy też czujesz ten ból. Jestem zazdrosny. I cholernie zły na całą twoją niewzruszoność. Cholernie zazdrosny o coś, czego nie posiadam. - Musisz iść – powtarzasz. Powtórz. Tak bardzo lubię słuchać twojego głosu. Nie pójdę, nie wstanę, ale powtórz. Dotykam lekko twojej twarzy, by upewnić się, że istniejesz, że ja istnieje, lub ja bez ciebie. Tak bardzo boję się swoich uczuć. Nie chcesz, żebym siedział na podłodze. Powiedz, martwisz się o mnie? Nie chcę, żebyś się martwił, nie ma o co. Nic sobie nie zrobię, obiecuję. Wiem, wtedy też obiecywałem, tak wyszło. Nie krzycz, przecież żyję. Nie wybaczyłbyś sobie? Kłamiesz, ale to piękne kłamstwo, okłamuj mnie, proszę. - Czy coś się stało? – znowu twój głos. Podnosisz się i podtrzymujesz moje ramię, żebym mógł wstać. Lekko się chwieję. Czy coś się stało? Nie pytaj o to. Musiałbym cię oszukać. To śmieszne jaki z ciebie obłudnik. Tak, stało się, dobrze wiesz, co się stało. Ale milczę. Podnoszę się powoli, chociaż gdybyś mnie nie podtrzymał, na pewno bym upadł. Tak jak w życiu. Kto mnie podniesie, gdy upadnę? Powadzisz mnie do garderoby. Nie chcę tam iść, ale nie mam siły się przeciwstawić. Nie lubię, gdy wszyscy na mnie patrzą, gdy jestem w takim stanie. Sadzasz delikatnie na kanapie. Zajmujesz się mną. Nie musiałbyś, gdybyś wczoraj nie powiedział, tego, co powiedziałeś. Dopiero dziś dotarł do mnie sens twoich słów. Podajesz mi wodę, mimo że o nią nie prosiłem. Nie mogę utrzymać szklanki w ręku. Ten fakt tak bardzo wyprowadza mnie z równowagi, że zaczynam się trząść. Zaraz potem czuje na twarzy niepohamowane łzy. Nie patrz na mnie, po co? Zabierasz mi szklankę i rękawem bluzy próbujesz wysuszyć mi twarz. Odsuwam się bez słowa. Nie chcę, żebyś mnie dotykał. Wzdychasz i zasłaniasz twarz rękami, jakby to była moja wina. Na tą myśl zaczynam dławić się łzami. Zawsze to samo, zawsze ty dobry, ja zły, aż do znudzenia znam ten scenariusz. - O co ci chodzi? – o co mi chodzi? Zawsze mi o coś chodzi, zawsze moja wina, zawsze ja, moje imaginacje, moje urojenia, może nawet ciebie tu nie ma? Więc dlaczego płaczę; czy jestem aż tak słaby, tak uzależniony? Wychodzisz trzaskając drzwiami. Wiedziałem, że tak będzie. Nigdy nie umiałeś znieść moich łez i nigdy ich nie rozumiałeś. Gdy jestem sam, łatwiej mi się uspokoić. Biorę głęboki oddech, następny, i kolejny. I tak od miesięcy. Tylko dla ciebie. Już dawno przestałeś wierzyć w to, czym jesteśmy. Jakimś cudem dotarłem do pokoju, który do wczoraj był naszym wspólnym. Zasłoniłem okna. Nigdy nie lubiłem światła. Zawsze chciałeś mieć odsłonięte. Trochę powietrza – mówiłeś – bo się podusimy. Dusiliśmy się. Dusiłem się za każdym razem, gdy kończyłem w łazience wymiotując, by być dla ciebie szczuplejszym, ładniejszym, młodszym. Dusiłem się, gdy zostawałeś ze mną z litości. Bo przecież nie możemy pójść tam razem. Bo jeszcze ktoś zobaczy. Dusiłem się szantażem, który wtedy zastosowałem, byś tylko został. Wiem, że mogłem umrzeć. To się nigdy nie liczyło, bo nigdy nie lubiłem światła. A ty dusiłeś się po prostu mną. Zawsze chciałem być kimś innym. Nie mogę spać. Lampy z ulicy świecą mi prosto w twarz. Jeszcze nie wróciłeś. Zostań ze mną. Padnę na kolana, jeśli będzie trzeba. Nie mogę uwolnić się z klatki, którą wokół mnie stworzyłeś. Zaczyna brakować mi tchu. Siadam przerażony na łóżku i nie słyszę nic poza własnym urywanym oddechem. Po chwili widzę strumień światła otwieranych drzwi. Natychmiast przy mnie jesteś. A jednak jesteś. Świta. Śpi obok mnie. Kocha mnie, jak ja kocham go. Bo przecież jeśli nie istniejesz, to nikogo nie zabiłem. Komentarze Będąc niezalogowanym nie możesz dodać komentarza.Dziękować:)
Świetne
Bardzo ciekawie. Wciąga.
ŁAŁ. Potwornie bolesne, ale wspaniałe. Ja już właściwie nie czytam nic na cephei, ale, hm, skusił mnie nick, a może fakt, ze to nie ejst wiersz (łał! myślałam, ż ena cephei są już tylko wiersze!) Bardzo bardzo fajne.
| |||||||||||
14 Września 2009, 14:41