![]() |
![]() |
||||||||||
| Poniedziałek, 6 Września 2010 | |||||||||||
|
|||||||||||
|
Kto mi odda moje zapatrzenie, i mój cień, co podążył za tobą Stojąc nad urwiskiem stał wysypując z urny prochy i mógłby przysiąc, że z oddali słyszy requiem dla snu jak na ironię. Pył uniósł się w powietrzu zdając się go okrążyć niby na pożegnanie, a on nie ruszając się wcale, zastanawiał się czy po śmierci czuć wiatr, widać słońce, czy nie przeszkadza mu, że uwolnił go z tego urwiska, nie z tamtego. Nie wiedząc kiedy, urna wypada mu z rąk i spada w przepaść tak głęboką, że nie jest w stanie wychwycić odgłosu jej upadku. Nic go to zresztą nie obchodzi. Stara się jeszcze dostrzec ostatnie resztki wirującego prochu. Jego miłości życia. - Wiesz, że kocham deszcz? - Wiem. Do czego zmierzasz? Patrzy na niego bez odpowiedzi i staje w drzwiach, by móc poczuć zapach deszczu. Oddycha głęboko, jakby chciał zapamiętać właśnie tą chwilę, wybraną spośród setek innych. Przymyka oczy i lekko się uśmiecha zawsze gdy uświadamia sobie, że świat jest piękny. Że chciałby wiecznie żyć. Że gdy umrze nie będzie wiedział, co dalej. Nie lubił tych jego stanów melancholii. Przerażały go. - W sercu mam wielką dziurę. Nie lubił, gdy tak mówił. Czuł się wtedy jakby go tracił, jakby się oddalał. Czuł ból, ale nie wiedział, jakby mógł to zmienić. Dlatego nie robił nic, czekając na upływ czasu, na zmiany, które nigdy nie nadchodziły i na uczucie, które wymykało mu się z rąk. - Obiecaj mi, że jak umrę, zawieziesz moje prochy nad morze. - Przestań Znów uśmiecha się pod nosem i opiera na framudze okna. Potem zrezygnowany idzie do ogrodu i siada w cieniu zapalając papierosa. I siedzi sam. Do czasu, aż on siada koło niego, mimo że nie wie, co chce osiągnąć tą rozmową. - Na zawsze razem? – pyta. - Tak. - A teraz powiedz, że mnie kochasz. - … Przeraźliwa cisza zabrzmiała w jego uszach. A potem nie było już nic poza pustką, poza odgłosem przewracanych mebli i zatrzaskiwanych drzwi. Po kilku dniach wraca do domu. Spokojny, gotowy do rozmowy, raz jeszcze, do skutku. Od paru godzin pada. A on uśmiecha się mimo woli na myśl, jak tamten kochał deszcz i może dzięki temu uda im się porozumieć. Z daleka widzi już samochód stojący w garażu, pozostawione na dworze krzesła i stolik, parasol od słońca ugina się pod siłą wichury. I widzi coś jeszcze, czego nie jest w stanie przyjąć do wiadomości. W chwili, gdy go zauważa słychać grzmot, a niebo rozdziera błyskawica. Na najbliższym drzewie kołysze się delikatne ciało, niczym lalka. Za tobą podąża mój cień, moje światło, którego nikt mi nie zwróci. Komentarz autora powtórzenie w pierwszym zdaniu - zamierzone Komentarze Będąc niezalogowanym nie możesz dodać komentarza.Nie ma żadnych komentarzy. | |||||||||||